Podróże

Walencja z dzieckiem: Słońce w lutym, gigantyczny Guliwer i najlepsze oceanarium, w jakim byliśmy

Ucieczka od polskiej zimy to już u nas mała rodzinna tradycja. Dwa lata temu padło na Włochy, w zeszłym odwiedziliśmy Egipt. W tym roku postawiliśmy na Walencję. Słyszeliśmy i czytaliśmy, że to jedno z najbardziej przyjaznych miast dla rodzin w Europie. I wiecie co? To się w 100% sprawdziło. Wybór był strzałem w dziesiątkę, a 2,5-latek był w swoim żywiole.

Dlaczego Walencja w lutym to strzał w dziesiątkę!

Zacznijmy od konkretu: pogoda. Wylecieliśmy z zimowej kurtki prosto w krótkie spodenki i t-shirty. Luty w Walencji przywitał nas słońcem, które realnie grzeje. To niesamowite uczucie móc jeść lody na świeżym powietrzu, podczas gdy dwa dni wcześniej odśnieżałem auto, żeby wyciągnąć z niego wózek.

Samolot i wóż strażacki - najlepsze combo dla malucha
Samolot i wóż strażacki – najlepsze combo dla malucha

Dla rodzica z dzieckiem w wieku Leona to logistyczny raj. Miasto jest płaskie, szerokie i niesamowicie przyjazne wózkom. Z lotniska do centrum wskoczyliśmy w taksówkę, ale z powrotem sprawdziliśmy metro – czysto, szybko i bezproblemowo. Większość dystansów pokonywaliśmy jednak pieszo, bo Walencja to jedno wielkie zaproszenie do spaceru.

Bioparc Valencia – zoo, które oszukuje zmysły

Jeśli myślicie „kolejne zoo”, to Bioparc szybko wyprowadzi Was z błędu. To jeden z fajniejszych ogrodów, w jakich byliśmy. Dojechaliśmy tam metrem (ze stacji trzeba przedreptać jeszcze ok. 15 minut) i od razu uderzył nas brak krat. Leonowi najbardziej podobały się lemury na pierwszej wyspie (Madagaskar), a ja totalnie zachwyciłem się nosorożcami i hipopotamami: widziałem je pierwszy raz w życiu i robią piorunujące wrażenie.

 

Bardzo doceniam to, jak Bioparc jest zaprojektowany pod rodziców. Na miejscu jest plac zabaw, a dookoła niego znajdziecie mnóstwo ławeczek, stolików i punktów z kawą. Można na chwilę odsapnąć, podczas gdy maluch spala resztki energii.

Warto wiedzieć przed wejściem:

  • Zdjęcia z gorylami: Tuż za bramą stoją ciosane w drewnie figury goryli, ale uwaga – nie można im robić zdjęć samodzielnie. Obok czatują profesjonalni fotografowie, którzy sprzedają odpłatne fotki i potrafią się nieźle zdenerwować, gdy widzą wyciągnięty telefon.
  • Jedzenie i picie: Na stronie www i w opiniach użytkowników znaleźlismy sporo informacji, że do zoo nie wolno wejść z własnym prowiantem (dopuszczalne są małe butelki wody). Dla rodziców z małym dzieckiem to problem. Nie chcieliśmy ryzykować, więc tubki i banany dla Leona mieliśmy… umiejętnie schowane w plecaku (jeden banan na wierzchu jako „przynęta” dla ochrony, reszta głębiej pod ubraniami). Nikt nam jednak plecaka nie sprawdzał. Wydaje nam się, że w niskim sezonie te zasady są mniej restrykcyjne.
  • Inna sprawa, że ceny w zoo nie są z kosmosu. Jeśli potrzebujecie dolewki wody, refill do własnej butelki kosztuje 1?, a kawa 1,30?. Duża porcja lodów: 5? (czyli tyle, ile na mieście).
  • Hulajnogi: Zostawcie je w hotelu. Po terenie zoo nie wolno na nich jeździć.

Park Guliwera – wejdź na giganta (dosłownie!)

To miejsce to legenda Walencji. Wyobraźcie sobie leżącego olbrzyma, który sam w sobie jest jedną wielką zjeżdżalnią i ścianką wspinaczkową. Wstęp jest darmowy, co przy cenach innych atrakcji jest miłym oddechem dla portfela. Na terenie parku są też toalety (czyste).

Park Guliwera nie nadaje się dla dzieci, które jeszcze nie chodzą stabilnie. Konstrukcja jest wysoka i przy 2,5-latku trzeba mieć oczy dookoła głowy (a i to nie uchroniło nas przed jednym bolesnym upadkiem).

Na szczęście tuż obok jest inny, genialny plac zabaw, z konstrukcjami w stylu sprzętu budowlanego (wywrotki, spychacze i dużo przestrzeni). Leon był nim zachwycony.

Oba place zabaw znajdują się na terenie Ogrodów Turia – jest to jeden z najdłuższych parków miejskich w Europie (takie Planty na resorach). Od czasu do czasu można w nim spotkać policję konną, a to kolejna atrakcja dla malucha.

Co ważne, w niskim sezonie Gulivera zamykają już o 17:30, a ochrona zaczyna wypraszać gości pół godziny wcześniej.

A, jeszcze jedno: Guliver i „budowlany” plac zabaw to oczywiście nie wszystkie, które znajdują się w okolicy. Wystarczy otworzyć mapę Google, żeby znaleźć  inne (mniej atrakcyjne) miejscówki.

Gulliver park – Park Gulivera godziny otwarcia (2026)

Październik – luty: 10:00-17:30

Kwiecień – czerwiec: 10:00-20:00

Lipiec – sierpień: 10:00-13:30 (PRZERWA 13:30-17:30) 17:30-21:30

Wrzesień: 10:00-20:00

Dodatkowo park jest zamknięty w każdy pierwszy wtorek miesiąca (ew. środę, jeśli we wtorek wypada święto) oraz w trakcie deszczu i po opadach, gdy figura jest śliska.

Oceanografic – rekiny, pingwiny i białuchy z Charkowa

Rzut kamieniem od Parku Guliwera znajduje się słynne Oceanarium. Byliśmy w podobnych miejscach w Hurghadzie i Las Palmas, ale to w Walencji bije je na głowę (zwłaszcza to egipskie). To nie tylko budynki, to całe ekosystemy. Zobaczycie tu rekiny przepływające w szklanych tunelach tuż nad głowami, zabawne lwy morskie, flamingi, pingwiny i delfiny, które zawsze kradną show. No i oczywiście mnóstwo, mnóstwo kolorowych ryb.

Niesamowitą i poruszającą historię mają tutejsze białuchy arktyczne. Zostały one ewakuowane z Charkowa w Ukrainie, aby uratować je przed rosyjskim ostrzałem. Widok tych majestatycznych zwierząt, wiedząc, jaką drogę przeszły, by znaleźć tu bezpieczny dom, robi ogromne wrażenie.

Największy efekt „wow” wywołał u nas pokaz delfinów. Szczerze? Byłem autentycznie zachwycony tym, jakie akrobacje potrafią wykręcić w powietrzu. To nie jest zwykłe skakanie przez obręcz, to prawdziwe show, które trzyma w napięciu do ostatniej sekundy. Cały kompleks jest świetnie przemyślany, a między pawilonami znajdziecie plac zabaw. Może nie jest to szczyt kreatywności, ale spełnia swoją rolę idealnie: Leon się bawił, a my z Anitą przy stoliku obok mogliśmy w końcu wypić kawę w spokoju.

Bilet łączony chyba nie ma sensu…

Oceanarium jest częścią większego kompleksu: Miasta Sztuki i Nauki. Innymi jego częściami są również m.in. Muzeum Nauki i Hemisferic – kino sferyczne.

W sprzedaży dostępne są bilety łączne, które umożliwiają wstęp do każdego z tych miejsc, w ciągu jednego dnia.

Taki bilet kupiliśmy i to był błąd. W Oceanografic spędziliśmy prawie cały dzień i na pozostałe atrakcje mieliśmy już niewiele czasu. Ja odradzam takie rozwiązanie, bo…

Muzeum Nauki – interaktywny diamencik

A Muzeum Nauki to prawdziwy diamencik. Część o astronomii jest genialna i interesująca zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci. Wystawa jest interaktywna, wielu eksponatów można dotknąć, przesunąć, pogrzebać w środku.

Częścią ekspozycji jest również edukacyjny plac zabaw. Dzieci mogą puszczać łódki i budować tamy, korzystać z dźwigu i naprawdę miło spędzić czas. A nieopodal sali zabaw znajduje się przeszklony inkubator, w którym można obserwować kurczaczki wykluwające się z jaja.

Atrakcja zdecydowanie warta uwagi, chociaż dostosowana bardziej do dzieci powyżej 4 roku życia.

Kino sferyczne zupełnie nam nie podeszło. Bilety na ciekawsze i bardziej zorientowane na dzieci pokazy były już niedostępne, więc wybraliśmy pokaz kosmiczny. Była godzina 18, Leon był już zmęczony po całym dniu bez drzemki i opuściliśmy salę po kilkunastu minutach. Dodatkowo narracja filmu jest w języku hiszpańskim, a słuchawki, do których wgrane jest tłumaczenie były chyba najgorszym sprzętem tego typu, z którym kiedykolwiek miałem do czynienia. Dlatego sam pokaz był najsłabszą częścią wycieczki.

Plaża w Walencji: Luty w wersji „sand”

Valencia posiada szerokie, piaszczyste plaże. Trafiliśmy na genialną pogodę i w sobotę  czas na piasku spędzały prawdziwe tłumy. Na kąpiel jeszcze nikt się nie odważył, ale chodzenie boso po piasku i zabawa przy brzegu z dzieckiem jak zawsze dawały sporo radości.

Oczywiście na samej plaży i dookoła niej znajduje się kilka placów zabaw (nie wszystkie są świetne), więc kręciliśmy się w ich okolicy.

Jedynym miejscem, w którym placów zabaw jest mniej, jest centrum miasta. Za to w centrum miasta znajdziecie:

Lucciano’s Valencia – lodziarnia z bajki

Jeśli chcecie zafundować dziecku (i sobie) porcję słodyczy w bajkowej atmosferze, to skierujcie swoje kroki do tej lodziarni. Wystrój wnętrza i dekoracje to ogromne zabawki: pod sufitem leci samolot, gości witają dwa dziadki do orzechów. My lody zjedliśmy w lokomotywie. Leon ma fazę na pociągi i cieszę, się, że akurat lokomotywa zwolniła się chwilę po naszym wejściu. Wagoniki nie były tak atrakcyjne ;).

Po cukrowym uderzeniu łatwiej było namówić malucha na spacer po centrum i oglądanie architektury.

Walencja okiem rodzica

Co nas najbardziej zaskoczyło? Że w Walencji nie musisz szukać restauracji przyjaznej dzieciom. One wszystkie takie są. Nikt nie robił problemu z wózka, a Leon wszędzie był witany z uśmiechem. Nie polecamy żadnej konkretnej knajpy, bo w Walencji jest ich sporo.

W wielu przewodnikach przeczytacie, żeby uważać na hiszpańską sjestę, w trakcie której restauracje i puby są zamknięte. Nie jest to do końca prawdą. Niektóre miejsca są zamykane, ale – o ile nie celujecie w specyficzną jadłodajnię – to zawsze znajdziecie coś, co jest otwarte. Sjesta może była problemem dla turysty 20 lat temu. Obecnie, w zglobalizowanym i nastawionym na zysk świecie zwyczaje dostosowuje się do portfeli turystów.

Walencja w lutym dała nam to, czego potrzebowaliśmy: luz, witaminę D i mnóstwo wspólnej frajdy. Jeśli zastanawiasz się, czy lecieć – nie zastanawiaj się. Po prostu bukuj bilety. Zwłaszcza, że z Polski do Walencji polecisz w naprawdę atrakcyjnych cenach.