Prezentacje

Wracam do szkoły

szkoła - wracam do szkoły Ja mówie TO

Mam słabe pojęcie o tym, jak wygląda dzisiejsza szkoła. Wiem, jak wyglądała za moich czasów. Była całkiem spoko.

Jak to w ogóle brzmi? Szkoła za moich czasów, przecież nie jestem taki stary. Tyle, że szkoła się zmieniła w te kilka lat. Kiedy ja się uczyłem białe tablice, po których pisało się markerami, wisiały w pojedynczych salach i były WOW. Lekcja informatyki była dla nas głównym źródłem dostępu do Internetu, a ściągi pisaliśmy na kawałkach papieru i chowaliśmy je po kieszeniach.

Zawsze lubiłem chodzić do szkoły. To było centrum życia. W ciągu kilku dni nieobecności podczas choroby w szkole mogło się wydarzyć wiele: zmieniały się sojusze klasowe, tworzyły się nowe miłości na całe życie, a inny się kończyły; ktoś dostał pałę, a ktoś inny zrobił coś głupiego na lekcji. Gdy wracało się do szkoły koledzy musieli zdać nieobecnemu relację, co się działo, bo o Facebooku jeszcze wtedy nie słyszeliśmy. Chodziłem więc do tej szkoły chętnie, bo było tam po prostu zabawnie i zawsze działo się coś ciekawego.

Na wf spóźniały się tylko dziewczyny. I tylko one nie chciały ćwiczyć, przynosiły zwolnienia lub rozmawiały całą lekcję z nauczycielką.

W każdej klasie był dyżurny. Teraz pewnie też są, ale czy biegają z plamami kredy na ubraniach? W trakcie lekcji bycie dyżurnym było świetną sprawą. Chyba, że była lekcja z nauczycielem, który zwykle pytał dyżurnych. Takich nauczycieli się wtedy nie lubiło. Ale dyżurny miał masę przywilejów. To on zwykle szedł po kredę albo namoczyć gąbkę podczas lekcji. Niektórzy nauczyciele dawali na przerwie dyżurnemu klucze do klasy, żeby starł tablicę i wpuścił wszystkich zaraz po dzwonku. I wtedy dyżurny był królem. Siedzenie na przerwie w klasie było zabronione, ale nie pamiętam ile razy siedzieliśmy tam zamknięci od środka, rysowaliśmy na tablicy i jedliśmy kanapki zawinięte w biały papier śniadaniowy lub folię aluminiową.

Ale tak było wtedy, gdy było zimno. Bo gdy tylko nadeszła wiosna, to zawsze któryś z chłopaków przynosił piłkę i gdy tylko słyszeliśmy dzwonek, biegliśmy na boisko. Najgorszym, co można było wtedy usłyszeć to Dzwonek jest dla nauczyciela. Takich nauczycieli się wtedy nie lubiło. Mecz jednak musiał się odbyć w wymiarowym czasie, więc jeśli lekcja mocno się przedłużyła, to niestety trzeba było dokończyć grę i spóźnić się na kolejną.

zdjecie_klasowe
Chyba, że tą lekcją był wf. Na wf spóźniały się tylko dziewczyny. I tylko one nie chciały ćwiczyć, przynosiły zwolnienia lub rozmawiały całą lekcję z nauczycielką. My, już przebrani, czekaliśmy niecierpliwie na nauczyciela. Czasami wfy były wspólne dla całej klasy. Wtedy miało się nadzieję, że razem z chłopakami z innej będziemy mogli pograć w piłkę. Niestety, czasami trzeba było grać w koszykówkę albo siatkówkę z dziewczynami. Więc trzeba było uważać, żeby nie zrobić im krzywdy piłką. Najlepiej było, gdy wf był na ostatniej lekcji. Dopiero w liceum pojawiły się prysznice w szkole. Więc jak wf był na pierwszej albo drugiej lekcji, to później cały dzień człowiek był nieświeży. W podstawówce jeszcze nikomu to nie przeszkadzało. W gimnazjum już pewien dyskomfort istniał.

Ciekawostka: ucząc się w klasach 1-3 w klasie miałem, łącznie ze mną… 4 osoby. Serio. Na moim osiedlu, które jest na obrzeżach miasta, była filia szkoły, żeby dzieci nie dojeżdżały do centrum (autobusów szkolnych nie było, bo i moje osiedle było dość świeżo dołączone do miasta – wcześniej to była szkoła wiejska).

Była jedna pani nauczycielka dla klas 0 i 1 i druga dla klas 2 i 3. W każdej klasie było mniej więcej tyle samo dzieci (4-5). Starszy rocznik zajmował miejsca po lewej stronie sali. Było nas jednak na tyle mało, że panie bez problemu dzieliły swoją uwagę na obie grupy. W budynku nie było bieżącej wody; huśtawki, które stały na podwórku nie miały desek w oparciach, a dzwonki informujące o zakończeniu lekcji uruchamiano ręcznie. Szkołę zamykała nauczycielka, która klucze brała do domu. Kiedyś, przez nieuwagę, zamknęła w budynku mojego brata.

W szkole chodziło o to żeby uczyć się nie dużo, ale mądrze.

Dobrze pamiętam tę sytuację: Lekcje się skończyły, a jego nie ma w domu. Mama panika, Andrzej idź, poszukaj. Idę do szkoły, zamknięte. Ale! Ze środka słychać Pawła. No to biegnę przez pół osiedla, do domu nauczycielki i mówię jej co się stało. Dała klucze, wypuściłem go. Lata szkolne obfitowały w śmieszne historie, które teraz można ze śmiechem wspominać.

Wspomina się zresztą nie tylko historie, ale i nauczycieli: najbardziej lubiłem tych, którzy potrafili zainteresować tematem, najmniej tych, którzy wymagali od nas, ale sobie wyznaczali bardzo niskie standardy. Tych drugich niestety było więcej. Trudno było zainteresować dzieciaka recytowanymi z podręcznika tekstami lub opowiadając ze skwaszoną miną o zjawiskach przyrodniczych. Siedzieliśmy więc na lekcjach rysując głupoty na ostatnich stronach zeszytów, pisząc do siebie na małych karteczkach i tylko jednym uchem wyłapując, czy nauczyciel czasami nie zadał pytania albo nie wywołuje kogoś do tablicy. Możliwość zerwania się z takiej lekcji była błogosławieństwem. W podstawówce ratunkiem mogła być higienistka, w późniejszych latach zawody sportowe, kółko teatralne, szkolny chór albo szkolne radio. Wszystkie cztery nie jeden raz ratowały mój tyłek przed niezapowiedzianą kartkówką.

Bo w szkole, zresztą jak i na studiach, chodziło o to żeby uczyć się nie dużo, ale mądrze. Powiedzmy sobie szczerze: szkoła za moich czasów niezbyt skupiała się na rozwijaniu pasji. Owszem, były koła sportowe i jakieś zajęcia dodatkowe, ale świadomość ich istnienia, czy też zysków płynących z angażowania się w takie inicjatywy była niewielka. Sam zresztą nie doceniałem tego przez wiele lat i byłem nieświadomy tego, co nauczyłem się w tym czasie. Pisałem zresztą o tym w jednym z moich ulubionych tekstów: Nigdy nie pracujesz za darmo. Wtedy za największą zaletę zaangażowania uważałem możliwość bycia zwolnionym z lekcji, a satysfakcję płynącą z robienia tych rzeczy czerpałem dodatkowo. Ale jednak: większość moich kolegów uchylała się od bycia w klasowych samorządach, a popularnością cieszyły się przede wszystkim zawody sportowe.

Dawno nie wracałem myślami do szkoły. Pisanie tego wpisu było dla mnie dużą frajdą, bo to były świetne lata. Z każdym rokiem mieliśmy nowe, większe problemy, które i tak z perspektywy czasu wydają się błahymi. Działaliśmy w pełni spontanicznie, nieograniczeni niczym prócz rodzicielskiego Nie, które można było przełamać. A potem stawaliśmy się coraz bardziej świadomi chociaż wciąż mocno nieodpowiedzialni. A w centrum tego wszystkiego wszystkiego zawsze była szkoła.

Nie wiem, czy obecnie w szkole zmieniło się wiele. Oprócz nowych technologii, podręczników, trochę innej matury i mniejszej liczby klas, reszta może być podobna. Mam rację, czy się mylę?

Większość tego, co opisałem tyczy się podstawówki i gimnazjum, ale zdjęcie jest już z liceum. Nie wiem, kto wykonał, na Facebooka wrzucił Michał Zielonko. Przepraszam: Pan Michał Zielonko :).

Ach, zapomniałbym: dzisiaj dzień blogera, wszystkiego najlepszego wszystkim!

Foto miniaturka: Siderealphotopin cc
Tags:
  • Dominika

    bardzo przyjemnie czytało się ten wpis :)
    Wehikuł czasu to byłby cud.

  • Krystian

    Bo w szkole, zresztą jak i na studiach, chodziło o to żeby uczyć się nie dużo, ale mądrze.
    Dobrze napisane!

  • Agata

    4 osobowa klasa to pewie ciekawe doświadczenie ;) fajny post, doceniający na co dzień trude do zauważenia ale przyjemne rzeczy ;)

    • Bardzo ciekawe. Tylko trochę trudne do oceny z perspektywy czasu.

    • Grzegorz

      Ciekawe? Mi się wydaje, że straszne – cały czas jesteś obserwowana. Jeszcze w klasach 1-3 to może tego tak bardzo nie odczułabyś, ale gdyby tak mieć w gimnazjum, to zero wolności lekcyjnej!

      • Grzegorz – masz rację, w tamtym wieku tego się nie odczuwało. Wszyscy się znali, w całej szkole było maksymalnie 20 dzieciaków, więc dla nas szkoła była trochę, jak klasa.

  • AnnaP.

    Uśmiech na mej twarzy po przeczytaniu art i zobaczeniu fotki, bardzo dobrze pamietam to zakończenie roku kiedy padł sprzęt i Ty Andrzeju improwizowaleś przez następne 15 minut, szacun i dziś. Dziś już nie ma takiej szkoły z takimi świetnymi uczniami jak 3g!

    • Wie Pani co, kompletnie nie pamiętam tej improwizacji ;)
      Dobrze, że ktoś zachował te wspomnienia :)