PodróżeŚwiat

Na Zachodzie gorąco [Sri Lanka]

Sri Lanka ja mówię to

To, co rzuciło mi się w oczy już na początku podróży po Sri Lance to przepiękna przyroda, ludzie, którzy myślą, że jestem skarbonką i wielka różnorodność otoczenia: dźwięków i mieszkańców, bo wśród smaków przeważają wariacje ostrego.

Jak Wam już kiedyś wspominałem, matka chrzestna Tomaszewskiego, pani Marta, mieszka ze swoim mężem Chintaką i dwoma synami na Sri Lance. Przez pierwszych kilka dni nie tylko byli naszymi gospodarzami, ale również przewodnikami po wyspie. Powiem Wam szczerze, że aż żal było opuszczać ich dom z sufitami wyższymi niż w krakowskich kamienicach (z powodu upałów domy na Cejlonie są wysokie, chodzi o to żeby gorące powietrze mogło uciekać do góry). Pani Marta gotuje fantastycznie – tradycyjne potrawy, które dla nas przygotowywała (np. curry z kurczaka, soczewicy, ryby, kottu roti i inne takie) smakowały wspaniałe, a do tego były podawane w porcjach nie do przejedzenia. Spać szliśmy niewyobrażalnie najedzeni.

Chintaka z kolei to facet, który urodził się na Cejlonie, potem mieszkał we Włoszech i w Bangladeszu, aby wreszcie wrócić do ojczyzny. Facet doskonale rozumie europejską mentalność i wie, co warto zobaczyć na wyspie. Przez pierwsze 4 dni był nam przewodnikiem, pomagał w negocjacjach z miejscowymi i skonsultował plan naszego tripa ze znajomymi przewodnikami, dzięki czemu dowiedzieliśmy się, co jest realne do zrobienia. No kozak gość po prostu. W trakcie rozmów wyszło, że Chintaka planuje otworzyć tanie apartamenty w Negombo. Trzymam kciuki za to przedsięwzięcie i na pewno będę polecał to miejsce, gdy tylko powstanie.

Colombo

Podróż zaczęliśmy od Colombo, największego tutejszego miasta. Żar lał się z nieba, a my zaliczaliśmy kolejne parki, świątynie, punkty z jedzeniem ulicznym i nową arenę widowiskowo-teatralną. Prawdę mówiąc nie mieliśmy innych planów. Nie jestem muzealnikiem, więc spacer dzień po przyjeździe wydawał się najbardziej rozsądny biorąc pod uwagę zmianę stref czasowych.

Po Colombo pospacerować warto. Miasto jest zatłoczone i głośne, ale bardzo różnorodne. Obok siebie żyją przedstawiciele rożnych religii, kierowcy tuk tuków zapraszają natarczywie na przejażdżkę, a wielu z nich zamiast Waszych twarzy będzie widziało banknot 100 dolarowy.

Tutaj prawie każdy próbuje coś sprzedać: zaczynajac od owoców, a na przysługach kończąc. Jeśli ktoś zaproponuje Wam, że zrobi Wam zdjęcie, to nie musicie się bać, że ucieknie z aparatem, ale przygotujcie się, że poprosi o napiwek, a jeśli uzna, że jest zbyt mały, to upomni się o więcej. Jeszcze więcej. Wciąż za mało. Uważajcie na to i nie dajcie się naciągnąć.

Ludzie tutaj są po prostu w większości biedni i starają się zarobić na swoje utrzymanie. Co nie znaczy, że nie są życzliwi. O drogę i wskazówki pytajcie bez zastanowienia. Za to tipów nikt nie pobiera.

Pinnawele

Jedną z głównych atrakcji wyspy są słonie, które spotkać można m.in. w sierocińcu dla słoni w Pinnawele, jakieś dwie godziny drogi samochodem z Colombo. Odległości na Sri Lance nie są duże, ale na drogach panuje ogromny chaos. Wyliczenia, które wskazuje Google Maps (do Pinnawele mieliśmy jechać około 45 min) nie mają związku z rzeczywistością.

Tak, chciałem nakarmić słonia, ale chciałem też zobaczyć, jak te słonie są tam traktowane, bo w sieci można poczytać rożne opinie i oprócz tych pozytywnych pojawiają się też te o zniewoleniu zwierząt. Faktycznie, część słoni nosi łańcuchy na nogach i nie jest to najprzyjemniejszy widok. Ale słoń w tej części świata to nie tylko dzikie zwierze. To również zwierze pociągowe. Sierociniec ma służyć ochronie gatunku, ale – nie czarujmy się – to też dobry pieniądz robiony na turystach (wstęp do parku dla białego to koszt 2500 rupii, więc około 80 zł). Czytając o sierocińcu weźcie pod uwagę różnice kulturowe i to, że tutaj słoń to taka trochę krowa. Przynajmniej nikt nie robi z nich kotletów, a zwierzęta nie wyglądają na zaniedbane i wystraszone mimo momentami surowego traktowania.

Puttalam

Na północ od Colombo, niedaleko miasta Puttalam znajduje się laguna. Tam wytwarzana jest sól, a rybacy łowią krewetki stojąc po kolana w cieplej wodzie. W tej okolicy rownież organizowane są wypady na delfiny i wieloryby, które spotkać można od października do kwietnia. My niestety nie trafiliśmy z terminem, więc zostało nam zbadanie jezior solnych. U nas sól wydobywa się z ziemi, na Sri Lanka uzyskuje z morskiej wody, która jest odprowadzana do szerokich, ale bardzo płytkich stawów. Gdy odparuje z nich woda, na dnie zostaje słona warstwa, która następnie jest zbierana na wielkie kupy podobne do hałd węglowych (tyle że białe).

Jadąc kilka kilometrów dalej znaleźliśmy niewielką ścieżkę, która prowadziła na lagunę, gdzie rybacy łowią krewetki. Droga prowadziła obok niewielkiego domu. Zdecydowaliśmy się zamoczyć nogi i zrobić kilka zdjeć, gdy z domu wyszedł Nejmal, rybak, który w latach 70. przeniósł się tutaj z powodu pracy z Negombo. Jako że Chintaka rownież pochodzi z Negombo, panowie szybko znaleźli wspólny język, dzięki czemu mogliśmy popływać po lagunie z Nejmalem na jego łódce, a pózniej napić się z nim i jego żoną świetnej, cejlońskiej, mocno słodzonej herbaty. Lankijczycy, gdy słodzą, słodzą dużo. Ewentualnie piją napar z mlekiem lub z imbirem. Czasami z cynamonem, nigdy z cytryną.

Czy Nejmalowi opłacało się przenosić z Negombo do małego domku nad laguną? Połów krewetek to trochę loteria: czasami w ciągu złowicie 500 gram, a czasami ponad kilogram. Ale jeśli macie szczęście i złowicie duże krewetki (powyżej 100 gram wagi), to za kilogram takich dostaniecie 2000 rupii. Najgorszy w tej pracy jest czas, bo połów zaczyna się po 3 nad ranem. Mimo wszystko Chintaka mówi, że to dobra praca. Ja mu tam wierzę.

W ciagu kilku pierwszych dni odwiedziliśmy też jedną z największych świątyń hindu. To było jedno z najbardziej niezwykłych, tak jak cała ta religia, przeżyć. Dlatego zasługuje na swoją osobną historię.

Na dzisiaj to wszystko, ruszamy dalej. Dajcie znać co myślicie o sierocińcu słoni, bo to chyba najbardziej kontrowersyjny temat. Zresztą, o całej reszcie też. Do usłyszenia.

Tags: