BiznesPrezentacje

Moja historia, czyli Kozdębowe początki

moja historia

Już kilka razy było bardzo osobiście na Jamowię.to. I tym razem tak będzie. Bo przyjechałem do domu, do Mielca. Cudownym uczuciem jest móc wsiąść w autobus i być u siebie po krótkich trzech godzinach. Z Poznania tłukłem się zwykle po 11-12 godzin, z przesiadkami. Rekord z kolei to prawie 14 godzin w różnych konfiguracjach siedzeniowych. Więc przyjechałem do domu, gdzie dostałem pyszne jedzenie, zielone podwórko i rodzinkę.

Nigdy nie byłem specjalnie rodzinnym gościem. Podczas studiów, nawet gdy mieszkałem w Krakowie, dom odwiedzałem 4 razy do roku. Po części dlatego, że pracowałem, po części dlatego, że to przecież blisko i zawsze można wpaść. No i na to zawsze jakoś nigdy nie było czasu. Z kolei, gdy nadszedł Poznań, do studiów i pracy doszła odległość, która zredukowała wyjazdy do trzech na rok.

I chyba przez tę odległość, a może też dlatego, że z każdym rokiem przybywa mi lat, zacząłem mocniej doceniać moją rodzinkę. Częściej gadam z rodzicami, częściej jeżdżę do domu, a słoik wypchany gołąbkami przestał być główną motywacją ściągającą człowieka w rodzinne strony :). Teraz przyciąga przywiązanie i chęć pobycia z nimi. W końcu, to rodzinie zawdzięczam to, jakim pokrzywionym świrem jestem i to, ile mogłem do tej pory zrobić w swoim życiu :).

Kozdębowe początki

Nigdy nie miałem wielkich problemów z występowaniem publicznym. Być może dlatego, że moja przygoda z publicznym mówieniem zaczęła się bardzo wcześnie. Gdy byłem dzieckiem rodzina mojego taty spędzała u nas prawie każde wakacje. Ja, moi bracia: Paweł i Wojtek, oraz kuzyni: Monika i Piotrek wpadliśmy na fenomenalny pomysł, dzięki któremu mogliśmy zebrać trochę grosza na cukierki i ciastka oraz trochę drobniaków, które lądowały w skarbonce. Gdzieś w naszym szalonych, młodocianych głowach urodziła się myśl, że jesteśmy w stanie zarabiać jako aktorzy.

Przygotowywaliśmy więc stroje i maski (oczywiście z pomocą naszych przyszłych klientów). Dzieliliśmy się rolami, odstawialiśmy krótki teatrzyk, z którego byliśmy turbo-dumni i… zbieraliśmy pieniądze od naszej publiczności. Uradowani pierwszymi sukcesami kontynuowaliśmy aktorską tradycję jeszcze jakiś czas.

Niby to gra przed rodzinką, niby to wygłupy kilkulatków, ale myślę, że w pewien sposób pozwalały mi oswoić się z myślą, że warto występować publicznie. Bo wiecie, to nie były perfekcyjne wystąpienia ;). Przedstawienie przygotowywaliśmy kilka godzin, co rusz któreś z nas myliło kwestię, a ktoś inny głośnym, zdenerwowanym szeptem upominał kolegę ?aktora?. Mimo wielu błędów publiczność zaśmiewała się i biła brawo.

Prawdopodobnie wtedy polubiłem występowanie przed widownią. Później przyszła szkoła i różnego rodzaju gale z okazji Dnia Mamy, Dnia Dziadka, zakończenia roku szkolnego. Lubiłem tego typu wydarzenia i gdy miałem deklamować wierszyk, to do swojego zadania podchodziłem z pełną, jak na wciąż kilkuletniego człowieka, powagą. Kilka lat później rozpocząłem szkolenie swoich umiejętności jako lektor. Bez względu na aspekty duchowe tego przedsięwzięcia, czytanie w kościele pozwoliło mi oswajać się z występowaniem przed dużą publicznością, pracować nad głosem i utrzymywaniem kontaktu wzrokowego ze słuchaczami, co podczas czytania jest trudne i trzeba się napracować, żeby nie wyglądało dziwacznie.

moja historia - wystąpienia publiczne 2

Przed studiami zaliczyłem jeszcze koło teatralne i występ na “teatralnych” deskach, roczny epizod w chórze, dwuletni epizod w radiu szkolnym i kilkuletni epizod dziennikarski w jednym z serwisów traktujących o FC Barcelonie. Dwa pierwsze epizody pozwoliły mi oswajać się ze sceną, koło teatralne doskonaliło moją mowę ciała. Radio nauczyło mnie pracy głosem, a niemniej ważny epizod dziennikarski dał mi wiedzę dotyczącą klarownego formułowania myśli i prezentowania swojego zdania.

W takiej to formie trafiłem do Krakowa, gdzie natknąłem się na AEGEE i postanowiłem na poważnie zająć się szkoleniami i wystąpieniami publicznymi.

Przez cały czas miałem przy tym wsparcie rodziny. Być może bez niego siedziałbym cały czas w miejscu. I mimo, że czasami byłem okropnym synem i strasznym bratem, który wolał iść pograć w piłkę niż spędzić popołudnie w domu, to jestem im niesamowicie wdzięczny za wszystko.

I za to gorąco im dziękuję.

Podziel się wpisem:

Tags: