BiznesPrezentacje

Kontrasty tworzą najlepsze historie

historie oparte o kontrast - JA mówię TO - http://jamowie.to

Zauważyliście, że większość historii sukcesu, którymi pasjonują się media i zwykli ludzie oparta jest na silnym kontraście? A im ten kontrast większy, tym większy również bohater.

Hollywood karmi nas takimi historiami od dziesiątek lat. Oto biedny bohater, który albo ma mocno pod górkę albo traci coś ważnego (i ma mocno pod górkę) staje się człowiekiem sukcesu czy innym zwycięzcą. Król Lew, Giganci ze Stali, W pogoni za szczęściem, czy wszystkie filmy, które leciały na Polsacie w niedzielę przed obiadem w pełni potwierdzają, że uwielbiamy opowieści, w których wygrywa szczęście, na które bohater sobie wcześniej (to bardzo ważne!) zapracował: wysiłkiem, lojalnością, wolą walki.

W takich historiach początek przygody jest na jednym biegunie: biegunie nieszczęścia, koniec znajduje się po przeciwnej stronie: na biegunie radości. Model się sprawdza, a historie pełne inspiracji urzekają i mnie.

O tym, że lubimy nie tylko oglądać, ale i utożsamiać się z takimi bohaterami wiedzą filmowcy, spece od marketingu, czy osoby, które zajmują się przygotowaniem talent i reality showów. Przykładem takiego telewizyjnego show niech będzie Dom nie do poznania (Extreme Makeover),gdzie bohaterem jest właśnie dom, który z brzydkiego i zniszczonego siedliska zmienia się w piękny apartament, będący szansą na nowy start dla całej rodziny.

Historie oparte o kontrast - http://jamowie.to - Ja mówię TO

Filmowe historie lubimy śledzić nie tylko w kinie, ale i w życiu. Inspirują nas brazylijscy piłkarze, którzy wychowali się w biedzie i nie stać ich było na piłkę, Jay-Z, który do muzyki trafił z ulicy, czy – bo po co szukać daleko – znajomy, który z grubasa przekształcił się w prężącego naoliwione muskuły kulturystę.

Im ktoś miał dłuższą drogę do przebycia, tym bardziej jego historia inspiruje. Uwielbiam patrzeć na ludzi, którzy są gdzie są dzięki swojej pracy i silnej woli. Przybijam im piąteczkę, kłaniam się w pas, bo jesteście dla mnie bohaterami. Ale jak wszędzie, tak i tu jest grupa osób, które znając się na marketingu i znając mechanizm kontrastu budują swój wizerunek poprzez wyolbrzymienie trudów, które musieli pokonać w dzieciństwie lub młodości albo wymyślają taką historię od początku.

Inspirują nas brazylijscy piłkarze, którzy wychowali się w biedzie, Jay-Z, który do muzyki trafił z ulicy, czy znajomy, który z grubasa przekształcił się w kulturystę.

W książkach poradnikowych denerwują mnie dwie rzeczy. Pierwszą jest to, że połowa lektury jest o tym, jak dobra jest ta treść i jak wiele ona zmieni w życiu czytelnika. Nie wierzycie? Weźcie do ręki np. Getting Things Done. Może metoda GTD w zarządzaniu czasem jest skuteczna, ale żeby się o tym dowiedzieć musicie przebrnąć przez stronice zachwytów i wielbienia. Drugą rzeczą jest sztucznie eksponowana historia sukcesu osobistego, która powtarzana jest od wielu lat przez guru, który zatrzymał się i odrywa kupony swojej popularności. Przykładem niech będzie Tony Robbins, ładnie zestawiający w swojej najpopularniejszej książce podróż helikopterem i pracę odźwiernego sprzed kilkudziesięciu lat.

Emocjonujące historie obecne są wszędzie tam, gdzie liczy się osobowość: w polityce, marketingu, filmie. Sprawny marketingowiec chcąc stworzyć swoją historię wybierze te elementy, które w danym wypadku najlepiej trafią do danej grupy odbiorców. Bardzo dobrze sprzedaje się biedne dzieciństwo, mała wioska bez perspektyw, walka z ułomnościami. Ale jeśli tych cech brakuje świetnie zadziałają złe relacje z rodzicami, problemy z nauką, czy jakieś inne wzbudzające duże emocje wydarzenie.

Powyższy akapit brzmi dość brutalnie. Daleki jestem od posądzania kogokolwiek o to, że tworzy na nowo swoją historię lub oszukuje innych. Budowanie wizerunku poprzez eksponowanie przeszłości jest korzystne, a eksponujący zyskuje dzięki temu, że faktycznie zrobił coś, co pozwoliło mu się wybić. I o ile jest to eksponowanie faktów, nawet lekko podkoloryzowanych, to nie widzę w tym nic złego. Gorzej, gdy kolorów jest tak dużo, że nie widać pierwotnego obrazka.

Żeby nie było, że świat jest zły i pełen oszustów podam Wam 2 przykłady mądrego wykorzystania osobistych wydarzeń do budowy wizerunku. Pierwszym jest Krzysiek Kotkowicz, który od czasu do czasu pisze na kotkowicz.pl o tym, co wpłynęło na jego życie. Polecam te teksty, bo są naprawdę głębokie i wartościowe. Drugim jest blog Nishki, która dość niespodziewanie została mamą w wieku 19 lat i pisze dużo częściej niż Krzysztof poruszając tematy nie tylko parentingowe.

Wniosek jest taki, że eksponowanie nie jest złe, bo podkreśla to czego doświadczyliśmy i to, co nas uformowało. Źle jest jeśli historia jest sztucznie rozdmuchana lub po prostu nieprawdziwa: śmierć wcale nie bolała, dzieciństwo nie było tak smutne, w szkole było całkiem w porządku, a ojciec w ogóle nie istniał. Mimo wszystko zamiast wymyślać nieprawdziwą przeszłość lepiej skupić się na tworzeniu rzeczywistości i jej wykorzystaniu. Tym bardziej, że w roku 2015 coraz trudniej o anonimowość. I w tym przypadku nie jest to wcale złe.

Podziel się wpisem:

Tags:
  • “W książkach poradnikowych denerwują mnie dwie rzeczy. Pierwszą jest to, że połowa lektury jest o tym, jak dobra jest ta treść i jak wiele ona zmieni w życiu czytelnika.” – dlatego właśnie coraz mniej czytam tak zwanej literatury rozwojowej, bo w większości przypadków za mało tam konkretnych treści.
    Co do historii sukcesu, to oczywiście kontrasty najlepiej się sprzedają, dlatego lubimy historie “od zera do milionera”, oglądamy metamorfozę kobiety odchudzonej o 100kg i emocjonujemy się filmami i książkami w których nasz ulubiony bohater musi się mierzyć z każdą przeciwnością losu, jaka tylko istnieje :) Zresztą taki jest podobno “przepis” na historię, która się sprzeda: stwórz bohatera, którego ludzie pokochają i skop mu ostro tyłek :)

    • Krzysiek

      A na końcu go zabij, ocal od śmierci i zabij raz jeszcze.

      • Patrząc na połowę hollywoodzkich produkcji – tak to właśnie wygląda.