Kategoria: Nowe

Nowe

Ultramaraton Kierat, czyli jak pokonać siebie?

27 godzin ciągłego wysiłku, bez snu i ciepłego posiłku to bardzo dużo czasu. Dopóki idziesz zgodnie z planem wszystko jest w porządku. Gdy się pomylisz zaczyna spadać morale. Gdy wiesz, że nie osiągniesz założonego celu klniesz w duchu, ale brniesz dalej. Po pewnym czasie pytasz siebie, czy zrobiłeś wszystko, co mogłeś, żeby uzyskać założony rezultat. W moim przypadku odpowiedź na to pytanie była twierdząca. Ukończyłem 100 kilometrowy Maraton Kierat w czasie 27 godzin i 32 minut. W życiu nie czułem takiego bólu i wyczerpania. I jestem z siebie cholernie dumny.

To była moja pierwsza setka na orientację. Miesiąc temu założyłem, że ukończę Kierat w 25 godzin. Rozmawialiśmy wtedy z chłopakami i stwierdziliśmy, że wynik ten osiągniemy bez problemu. W międzyczasie pojawiały się i bardziej odważne głosy: 22, 20, 18 godzin? Niewiedza dotycząca tego, czym Kierat tak naprawdę jest, pozwoliła nam wierzyć i budować optymistyczne scenariusze.

Kierat   Kierat   Kierat

Błędy

Jako, że był to nasz pierwszy Kierat, nie ustrzegliśmy się błędów. Do Limanowej przyjechaliśmy zbyt późno, przez co mieliśmy problem ze zjedzeniem obiadu i znalezieniem miejsca noclegowego na sali gimnastycznej. Na odprawę przed biegiem wpadliśmy spóźnieni. Stwierdziliśmy, że jeden kompas nam wystarczy. Wziął go Tomek, w którego plecaku wylądowała również cała apteczka. Z każdą godziną dostrzegaliśmy kolejne niedociągnięcia, które utrudniały nam przebycie trasy. Naszym założeniem był wspólny bieg. Jednak już na pierwszym kilometrze Mateusz i Tomek odłączyli się od nas. Popędzili do przodu zostawiając nas bez apteczki i bez kompasu. Część bandaży i leków dostaliśmy na 5 punkcie kontrolnym. Trasę pokonywaliśmy bez kompasu.

Noc

Kierat   Kierat   Kierat

Wystartowaliśmy o 18. Pierwsze godziny marszu upływały spokojnie. Pełni sił szliśmy przed siebie, co chwila potykając się na błotnistej trasie. Po kilku kilometrach nasze buty i spodnie były całkowicie brudne. Ściemniało się dość szybko, dlatego już po godzinie 20 pierwsi uczestnicy zaczęli odpalać czołówki. Noc przebiegała bez większych kryzysów. Nie było tak zimno, jak mówiły prognozy. Z Radkiem staraliśmy się prowadzić grupę szukając oznaczeń na szlakach. Dołączaliśmy także do bardziej doświadczonych zawodników. Senność i problemy z koncentracją nie były problemem. Jeśli kogoś dopadały, to jedynie chwilowo. Wsparcie pozostałych członków drużyny było tutaj kluczowe.

Kryzys

Co roku kilkaset osób nie dobiega do mety. Gubią się, łapią kontuzje, wysiadają psychicznie. Mnie kryzys dopadł po 11 punkcie kontrolnym. Do tego czasu szło dobrze. Nie gubiliśmy się, prawidłowe szlaki znajdowaliśmy bez większych problemów. W dzień trasę wyznaczał Michał i prowadził nas świetnie. Gdybyśmy utrzymali podobne tempo na mecie zameldowalibyśmy się z czasem około 24 godzin i 30 minut. Niestety, między 60 a 67 kilometrem totalnie straciliśmy orientację. Czekał nas ciężki odcinek, więc dołączyliśmy do sporej, (jak nam się wydawało) doświadczonej grupy. I po kilkudziesięciu minutach byliśmy nie wiadomo gdzie. Gdy dotarliśmy do szkoły, która była punktem kontrolnym, wiedziałem, że nie zrealizuję założonego celu. Straciliśmy ponad dwie godziny. Złość, rozczarowanie i świadomość tego, że trzeba iść dalej. Coraz mniej rozmów, coraz więcej dialogów wewnętrznych. Na kolejnym punkcie kryzys dopadł Michała. Bartek ze swoim, wywołanym nie tyle zmęczeniem, co kontuzją, zmagał się od samego rana. Walka nie była łatwa, ale pokonaliśmy już 2/3 trasy i nikt na poważnie nie myślał, by zrezygnować.

Zmęczenie

Kierat   Kierat   Kierat

Mimo kryzysu i kotłujących się myśli szliśmy dalej. Z każdą godziną narastał ból. W międzyczasie pozbyłem się dwóch par kompletnie przemoczonych skarpet. Coraz częściej ściągałem buty i masowałem obolałe stopy. Lewe kolano pulsowało mocno, a znajdująca się pod nim opuchlizna nie dawała o sobie zapomnieć. Zwłaszcza, gdy na drodze stanęła kałuża, którą można było jedynie przeskoczyć. Zaciskałem wtedy zęby i sadziłem ogromny krok, podpierając się znalezionym gdzieś w drodze kijem. Ostatnie 2 odcinki były marszem przez piekło. Po raz drugi mocno zgubiliśmy drogę i na samym finiszu dołożyliśmy kolejne nieplanowane kilometry. Jedyna rzecz, o której byliśmy w stanie rozmawiać to ból i zmęczenie. Mimo wszystko wiedzieliśmy, że dotrzemy. I to dodawało nam otuchy.

Nagroda

Na metę wbiegłem o 21:32. Po 27 godzinach i 32 minutach od startu. Nogi parzyły, do oczy cisnęły się łzy. Metą był zwykły namiot. Podałem swój numer startowy, spisano mój czas. Nie było kibiców. Dobiegająca nas muzyka pochodziła z wesela, które odbywało się w budynku obok. Otrzymaliśmy pamiątkowe medale. W całej mojej niewielkiej kolekcji jest to najmniej okazały medal ze wszystkich. Ale znaczy najwięcej. Największa nagrodą jest świadomość tego, że pokonałem 100 kilometrów. Odległość, która dla wielu osób jest czymś nieogarniętym. Duma i kolejne cudowne doświadczenie, które na zawsze zostanie w mojej głowie.

Drużyna

Nie wiem, jak przedstawiają się statystyki dotyczące liczby osób, która startowała po raz pierwszy i ukończyła Kierat. My ten bieg ukończyliśmy, bo mieliśmy niesamowitą motywację i przede wszystkim wsparcie. Gdy ktoś odstawał zaraz znalazła się osoba, która wciągała w rozmowę. Gdy zostawał w tyle, pozostali zwalniali lub czekali. W piątkę stanowiliśmy jedną z najmłodszych, najbardziej zwariowanych i najbardziej zmotywowanych ekip. Bartek, Kacper, Michał, Radek – wielkie dzięki!

Wsparcie

Kierat   Kierat   tort

Kierat był niesamowitym doświadczeniem z jeszcze jednego powodu. Przed, w trakcie i po maratonie dostaliśmy tyle wsparcia od ludzi, że to przechodzi wszelkie pojecie. Wyobraźcie sobie, że idziecie w środku nocy: zmęczeni, z coraz mocniej obolałymi nogami, gdy nagle ciszę przerywa dźwięk telefonu, a z głośnika płyną okrzyki wsparcia, piosenki i życzenia powodzenia :). Niesamowite i niezapomniane. Podobnie, jak sms, którego Asia wysłała przed Kieratem, a który motywował mnie do samej mety:

Zycze Wam niesamowitej przygody, jestescie WIELCY i na pewno wszyscy dacie rade! Trzymam mocno kciuki i sciskam wszystkich! Bol jest chwilowy a chwala wieczna! Wracajcie szybko Bohaterzy!

Dawno nie usłyszałem tylu fantastycznych słów i naprawdę mogę powiedzieć tylko jedno: mam niesamowitych przyjaciół i takich życzę każdemu. A Wam niesamowicie dziękuję! Oprócz gratulacji i życzeń dostaliśmy super tort, który możecie zobaczyć na zdjęciu. Smakował fenomenalnie.

Dzisiaj drugi dzień dochodzę do siebie. Kierat dał mi wycisk i mimo, że nie osiągnąłem celu, który założyłem jestem z siebie niesamowicie dumny. Nabrałem pokory do tego dystansu. Ale nabrałem też pewności siebie: bo skoro człowiek jest w stanie pokonać coś takiego, to co może go zatrzymać? Kierat był dla mnie wyjątkowy również dlatego, że dedykowałem go od samego początku moim dziadkom. I mam nadzieję, że gdzieś tam z góry również cieszą się ze mną.

Nowe

Konferencja „Zbuduj przewagę konkurencyjną” – jak było?

W dniu dzisiejszym w Poznaniu odbyła się konferencja Zbuduj przewagę konkurencyjną. Organizowane przez Międzynarodowe Targi Poznańskie wydarzenie skupiało się wokół zagadnień przywództwa, innowacyjności, strategii i komunikacji. Oprócz tematyki dla mnie szczególnie pociągająca była możliwość zobaczenia i posłuchania na żywo dr…