PodróżeŚwiat

Jedyny biały człowiek w barze

Ja mówię TO: Sri Lanka, rodzina Yogi, http://jamowie.to

Nanu Oya to bardzo mała wioska leżące mniej niż 10 km od Nuwara Eliyi. To właśnie tam trafiliśmy chcąc dostać się pociągiem do Colombo. Mając trzy godziny stanęliśmy przed misją: znaleźć jakikolwiek bar.

Nanu Oya to kilka ulic, sklepów i dworzec kolejowy. Jest też bar, każdego dnia wypełniony mężczyznami wracającymi do domów z pracy. Jedyny bar, ale więcej nie trzeba w tak małej wiosce. Bar nie robi dobrego wrażenia. Odrapany szyld nie zachęca do wejścia, ale miejscowym to nie przeszkadza: jest wypełniony po brzegi. Przez okna widzimy, że nie ma gdzie usiąść. Nie mając wyjścia pokonujemy kilka schodków i stajemy się obiektami powszechnej uwagi.

W naszą stronę odwracają się z zainteresowaniem kolejne głowy. Ktoś się uśmiecha, ktoś pokazuje palcem. Przeciskamy się do lady, zza której wypada sprzedawca (być może właściciel) i próbuje zorganizować nam stolik. Wybór pada na starszego pana, który posłusznie wstaje i wskazuje nam krzesło uśmiechając się zachęcająco. Głupio nam, facet wyglada na ponad 60 lat… Na migi pokazujemy mu że nie trzeba i siadamy na skrzynkach piwa, które leżą pod ścianą. Może być. Two Lion Lager, please.

Jesteśmy atrakcją turystyczną. Goście baru podchodzą do nas tak, jak podbija się do ładnej laski na imprezie: z uśmiechem, ale i lekką niepewnością. Where you from? Aaaa Poland, Poland, nice country. How Sri Lanka, good? – rozmawiamy łamanym angielskim, w którym brakuje czasowników. Wznoszę do góry kciuk. Good, good, like it very much.

Sączymy nasze Liony i oglądamy bar, podziwiając ogromne kwiaty pleśni widoczne w każdej części sali, gdy do środka wchodzi Yoga – przewodnik pracujący niedaleko hotelu w Nuwara Eliya, w którym się zatrzymaliśmy poprzedniej nocy. Zaprasza na górę, organizuje krzesła, stawiamy mu butelczynę Araku – lokalnej wódki z kokosa, która w smaku nieco przypomina rum.

Yoga nas polubił. Bo jesteśmy good people, zupełnie like him. Daje nam dwie paczki herbaty z plantacji Mackwood, w której pracuje jego bratanica, zaprasza do domu. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiej życzliwości. Do tej pory cześciej próbowano nas naciągnąć niż wręczać prezenty i zaproszenia. Widząc nasza niepewność Yoga dodaje: for free of corse. I nalega, żebyśmy poszli z nim, jak tylko skończymy napoje.

Idziemy. Yoga ledwo, bo Arak kopie mocno. Spodziewam się, że jeszcze oberwiemy po głowie, że rozpijamy starego. Ale cieszę się, bo to pierwsza tak życzliwa i otwarta osoba. Gdy dochodzimy do jego domu spotykamy kolejne 3: jego brata, żonę brata i ich córkę, Kishani. Kishani pracuje na plantacji herbaty, oprowadza zwiedzających, mówi dobrą angielszczyzną. Częstuje nas świetną herbatą, opowiada o pracy, życiu.

Dom nie wygląda bogato, ale jest czysty. Część pokoju, w którym siedzimy, zajmuje warsztat krawiecki ojca Kishani. Gdy my rozmawiamy, on kroi tkaniny. Co chwilę zerka w naszym kierunku. Rodzina Yogi to wyznawcy hinduizmu, w tej religii to rodzice decydują o małżeństwach swoich dzieci. Tata nie przywykł więc do odwiedzin kawalerów, tym bardziej tak egzotycznych. A może po prostu nas ocenia? Może Yoga zaprasza potencjalnych absztyfikantów częściej? Ciężko stwierdzić, nie ma sensu zawracać sobie tym głowy. Tym bardziej, że czasu mało.

Yoga pokazuje mi swoją część domu, dużo bardziej zaniedbaną niż część jego brata. Żona Yogi pracuje w Katarze, sprząta mieszkania. Mężczyzna mieszka ze zwariowanym psem i kotem. Mocno już wstawiony opowiada mi rożne historie. That’s life – powtarza kilka razy.

Na odchodne dostajemy paczkę z przekąskami do pociągu, robimy pamiątkowe zdjęcie z rodziną i wymieniamy numery z Kishani. Nie ma Facebooka, nie ma maila, zostały telefony. Zmęczony alkoholem Yoga upiera się, że nas odprowadzi. Jego pies mocno protestuje, łapie pana za rękaw i ciągnie w stronę domu. Ale z Yogą żegnamy się jednak dopiero na dworcu. That’s life – powtarza. Jak będziecie kiedyś w okolicy zapukajcie do moich drzwi.

Zapukamy.

Podziel się wpisem:

Tags:
  • Takie spotkania w podróżowaniu są najlepsze, czegoś takiego nigdy nie doświadczysz podróżując z biurem jako turysta a nie podróżnik – oglądający świat ze swojej bezpiecznej, ale zamkniętej bańki.

  • Znajdź jedną nie pasującą osobę na zdjęciu :D haha

  • Kasia

    Za właśnie takie przygody kocham Bałkany i podróże autostopem. Już kilka razy mielismy bardzo miłe spotkania z kierowcami, które kończyły się wspólnym obiadem lub noclegiem. Dobro wraca :)