BiznesFirma

Jak pogodzić się z porażką?

http://jamowie.to: Porażka - jak sobie z nią radzić - JA mówię TO

Nikt nie lubi przegrywać. Ale niektórzy radzą sobie z porażkami lepiej niż inni. Czy to kwestia charakteru, czy może tajemniczych technik?

Wiele razy pisałem, że porażka to coś, z czego można wyciągnąć pozytywne wnioski: człowiek się przecież uczy i inne takie. Ale mimo wszystko porażka boli. Niezależnie od tego, czy mogliśmy jej zapobiec.

Zeszłoroczne przygody na Mont Blanc dopiero po pewnym czasie uznałem za świetne przeżycia. Zanim dotarło do mnie, jak fajny był to wyjazd męczyłem się z tym, że nie zdobyliśmy góry. Jasne: wyciągnąłem wnioski, nauczyłem się wiele, ale to we mnie siedziało. Bo okazałem się słaby, niewystarczająco przygotowany.

Dopiero później pojąłem, że przyjmowanie porażki to kwestia priorytetów, wartości i upodobań, a także tego, w jaki sposób chcemy być postrzegani przez innych i tego, w jaki sposób postrzegamy sami siebie.

Nie warto gonić za zwycięstwem tylko po to, żeby pokazać innym, że da się radę.

Zawsze zmierzałem do celu. Gdy wyznaczam swoją metę to zrobię bardzo wiele, by ją osiągnąć. Uważam się za osobę zdeterminowaną, pewną siebie i upartą. Jestem też trochę rozpuszczonym narcyzem, facetem, zodiakalnym lwem, Andrzejem, który zawsze dążył do tego, żeby być najlepszym. Porażki, nawet gdy nauczyłem się z nich wyciągać wnioski, wciąż były gorzkimi pigułami, a smak niektórych czułem na podniebieniu jeszcze długo po samym wydarzeniu. I mogłem zrobić naprawdę wiele naprawdę głupich rzeczy, byle tylko pokonać swoje słabości i udowodnić sobie oraz innym, że mogę.

Dopóki nie wmówiłem sobie, że to głupie.

To nie jest tak, że charakter jest kulką plasteliny. Wielu speców od rozwoju osobistego będzie Wam mówić, że jeśli tylko chcecie się zmienić, to się zmienicie. GÓWNO PRAWDA. Zmiana sposobu postrzegania rzeczywistości to harówa, często na początku polegająca na ZMUSZANIU się do robienia rzeczy, których nie lubimy, bo nie jesteśmy do nich przyzwyczajeni. Zapamiętajcie to: nawet tak niewielka rzecz, jak zmiana myślenia o porażce, może być trudna. Wszystko zależy od tego, co (i jak długo) robiliście do tej pory.

Dzieje się tak, bo zwykle nawet małe porażki przyjmujemy zbyt serio i zbyt mocno odnosimy je do siebie. Skąd to wynieśliśmy? Tak jest: ze szkoły. Z budy, w której jedynka oznaczała, że JESTEŚ PORAŻKĄ, gorszą osobą, nieukiem.

Eksperyment. Jeśli macie młodsze rodzeństwo, kuzynostwo, cokolwiek w wieku 4-8 lat, zróbcie prosty test: zagrajcie z małolatem w grę (cokolwiek, mogą być warcaby) i dajcie mu wygrać: 1 raz, 2, 3… Wiecie co się stanie w pewnym momencie? W większości przypadków małolat zacznie triumfalnie skakać, krzyczeć, a – w zależności od wychowania – być może nawet Was obrażać.

(to ćwiczenie jest oparte wyłącznie o moje obserwacje, nie mam pojęcia, czy ma jakieś naukowe uzasadnienie)

Niezbyt to miłe prawda? Od razu chce się pokazać kurduplowi, gdzie raki zimują i rozbić go w kilku następnych partyjkach.

Zmierzam do tego, że porażka nie oznacza, że jesteśmy gorszymi ludźmi: Nie jesteś tak dobry w jakiejś dziedzinie, jak ktoś inny, ale na pewno znajdzie się cała masa osób, które nie potrafią nawet połowy tego, co Ty potrafisz.

Nigdy nie będę płakał z powodu odrzuconej miłości dłużej niż 48 godzin

Tymczasem my, zamiast wyciągnąć z porażki wnioski, pomęczyć się z nią przez 1-2 dni, wolimy często rozpaczać i zastanawiać się, co byłoby, gdyby ten ostatni krok został postawiony trochę inaczej. I zamiast ogarnąć się po rozstaniu z miłością życia, rozpamiętujemy cudowne chwile, których nagle okazuje się, nie było wcale tak mało.

Kiedyś, jeszcze pięknym 20-latkiem będąc, stwierdziłem, że nigdy nie będę płakał z powodu odrzuconej miłości dłużej niż 48 godzin. Dwa dni dawałem sobie na rozpacz, a potem musiałem się ogarnąć. Okazuje się, że pomysł, który nawiedził łeb młodego Kozdęby wcześniej już pojawił się w głowie pana Dona Shula, który był trenerem koszykówki. Jedyna różnica polegała na tym, że Don pozwalał swoim zawodnikom cieszyć się lub rozpaczać przez 24 godziny.

Nie warto gonić za zwycięstwem tylko po to, żeby pokazać innym, że da się radę. Nasze sukcesy są naszą własnością i o swoje cele powinniśmy walczyć przede wszystkim dla siebie. Podobnie jest z porażkami. Są nasze. Dlatego dołowanie się tym, co inni pomyślą jest bez sensu. Bo inni zawsze myślą, tyle że zwykle o sobie, rzadko o nas. Więc czasami warto odpuścić i przegrać w imię wyższych wartości.

Porażka nie jest niczym przyjemnym, ale nie jest też końcem świata. Nie warto stawiać na szali swojego życia lub zdrowia, byle tylko udowodnić sobie, że się da. Bo w ten sposób możemy zamknąć sobie drogę na inne szczyty.

Jednym z celów, które chciałem zrealizować w 2015 roku było ukończenie maratonu w czasie krótszym niż 3 godziny 30 minut. Z powodu kontuzji kolana wiem, że nie będę w stanie tego zrobić. I chociaż nie jest to miłe – odpuszczam. Bo gdybym się uparł, to pewnie bym pobił ten rekord. I być może byłby to ostatni taki rekord w moim życiu.

Tags:
  • Ostatni akapit rewelacyjny. Przede wszystkim umieć zachować umiar i zdrowy rozsądek. A eksperyment sprawdzony zanim został nazwany eksperymentem – działa.

    Co do bycia porażką – gdzieś wcześniej już poruszałeś ten temat. Standardowy błąd edukacji dzisiejszych czasów.

    Co do zdania, że „Nasze sukcesy są naszą własnością i o swoje cele powinniśmy walczyć przede wszystkim dla siebie” zgodzę się, choć połowicznie. Owszem, sukcesy są naszą własnością, ale dzielenie się nimi, szczególnie z bliskimi osobami, daje olbrzymią satysfakcję. Tak samo można określić porażki, są one tylko nasze, lecz dzieląc się i nimi można otrzymać wsparcie i zupełnie inny punkt widzenia. „A może ktoś by zrobił to inaczej, lepiej, i by wyszło? Nauczę się od niego!”

    Wychodzę z założenia, że najprostszą drogą nauki jest otoczenie się ludźmi, którzy daną czynność wykonują lepiej, niż ja. Progres gwarantowany (pod warunkiem bycia upartym i odpornym na „jak on to robi? ja tak nie dam rady…”)

    • Dzięki za komentarz Robert.
      W tym akapicie i tym, że nasze są sukcesy i nasze są porażki chodzi o to, że nie ma sensu przesadnie cieszyć się każdym zwycięstwem, gdy np. wydarzenie miało miejsce jakieś pół roku temu. Bo ludzie do takich rzeczy chętnie wracają i pytają o nie.
      Bo z satysfakcją – masz rację, jest ogromna :)

  • Mateusz

    Nie wiem jak bardzo jesteś zadowolony z tego wpisu, ale moim zdaniem właśnie wskoczyłeś na poziom wyżej.

  • „Tymczasem my, zamiast wyciągnąć z porażki wnioski, pomęczyć się z nią
    przez 1-2 dni, wolimy często rozpaczać i zastanawiać się, co byłoby,
    gdyby ten ostatni krok został postawiony trochę inaczej” – trafiłeś w sedno, tak samo jak z zasadą 48h po zawodzie miłosnym. Zrozumiałem to kiedyś i staram się tego trzymać. Tak jak znanej zasady „co cię nie zabije, to cię wzmocni” :)