Nowe

Prawdziwa lekcja pokory

pokora-lekcja-maraton-1

13 Cracovia Maraton dał mi poważną lekcję: miej szacunek i podchodź do wyzwań, które sobie stawiasz z nadzieją, ale i pokorą.

Jeszcze nigdy reguła bez oczekiwań nie była mi tak bliska, jak przed startem w tegorocznym Cracovia Maratonie. Wiedziałem, że nie jestem źle przygotowany. Ale wiedziałem też, że moje przygotowanie dalekie jest od optymalnego. Chciałem złamać cztery godziny i chciałem odczarować Kraków. O trójkę z przodu otarłem się już w Dębnie. Po cichu liczyłem więc, że się uda, ale liczyłem się też z porażką. Na start wkroczyłem pełen nadziei i pokory. To drugie czułem po raz pierwszy czekając na 42 kilometrowy dystans.

Czuję, że to będzie dobry bieg

Równo o 9.00 usłyszałem wystrzał pistoletu hukowego i zobaczyłem nad sobą stado gołębi, które poderwały się do lotu. Ciekawe, kogo obsrają, oby nie mnie – pomyślałem. Kilka godzin później, po przybiegnięciu na metę, gdy razem z ekipą 42 do szczęścia świętowaliśmy nasze wyniki, rozmawiałem z Irkiem: Koleś wystrzelił, gołębie pofrunęły i dostałem z góry idealnie w sam środek koszulki. Cóż, pewnie nie był jedyny.

Pierwsze kilometry biegło się bardzo dobrze. Startowałem ze strefy 3:45-4:00, ale trzymałem się raczej końca, mając nadzieję, że uda się wpaść na metę w okolicach 3:58. Z każdym kolejnym kilometrem czułem jednak, że mogę biec szybciej. Mijałem kolejnych biegaczy aż dotarłem do Maja i Kawiora, którzy startowali kilka metrów za balonikami. Czuję, że to będzie dobry bieg – powiedział Kawior.

Nikt nie mówił, że będzie lekutko

Ktoś kiedyś powiedział mi, że na maratonie powinienem zacząć pić i jeść najwcześniej na 15 kilometrze. I zawsze potulnie słuchałem. Tym bardziej, że mój organizm średnio przyswajał jakiekolwiek przekąski podczas biegu. Tym razem postanowiłem zaryzykować. W końcu nie miałem oczekiwań i mogłem pokusić się na eksperyment. No i wodę piłem od 5 kilometra, a premierowego banana przeżułem przy pierwszej nadarzającej się okazji. Strzał w dziesiątkę: energii było sporo i pierwsze kółko biegło się fantastycznie. Tym bardziej, że na trasie co rusz spotykałem znajome mordki i przybijałem masę piąteczek: z dziećmi, starszymi osobami, strażakami, służbami porządkowymi, ładnymi dziewczynami i typowym szwagrem: posiadaczem okazałego brzucha i typowego szwagrowego wąsa.

Ale banany i piąteczki nie są wodoodporne i gdy na 28 kilometrze na Błoniach, dopadła nas ulewa, miałem ochotę odpuścić i pobiec na 4:30. Kawior biegł lekko z przodu. Postanowiłem jeszcze chwilę się go trzymać, zacząłem wyobrażać sobie siebie bijącego ten cholerny rekord. Sięgnąłem po odtwarzacz. Przeciągnąłem słuchawki pod mokrą od deszczu, klejącą się do ciała koszulką i odpaliłem muzykę, którą znacie z Intro Formuły 1 z Polsatu:

Publicznie informuję, że będę słuchał tej piosenki przy każdym biegowym kryzysie. To co zrobiła mi z głową na tym kilometrze jest czymś niesamowitym. Wruuum, wruuum, WRRRUUM ;)! Dostałem takiego kopa, że wyprzedziłem lekko Kawiora. Doładowania wystarczyło na jakiś czas, a gdy zaczęło go brakować mijaliśmy plakat wyborczy profesora Legutko. Nikt nie mówił, że będzie lekutko – mówi pani Róża Thun, jego kontrkandydatka do PE w jednym ze spotów wyborczych , które ostatnio analizowałem. Za każdym razem, gdy widziałem plakaty z kandydatem PISu przy trasie przypominał mi się ten slogan i to była kolejna rzecz, która dodawała otuchy podczas biegu. No tak, nikt nie mówił, że maratony są lekutkie.

Pokora

Prawdziwy kryzys nadszedł na 37 kilometrze. Od 35 czekałem na wodę i banany, a ich nie było. Zacząłem tracić energię i bałem się, że stanie się to samo co w Dębnie. Tym razem zmotywował mnie strach i doczłapałem do 38 kilometra. Tam były banany. W jednej chwili pozbyłem się wszelkich maratońskich zasad: nie jadłem bananów, ja je zżerałem jak opętany. Pochłonąłem chyba trzy, popiłem je ogromną ilością wody i izotoników. Z pełnym brzuchem biegłem dalej. 39, 40, 41, 42… Kolejne znajome buźki, wsparcie i szybkie spojrzenie na zegarek. W słuchawkach rozbrzmiała Viva La Vida – piosenka, która towarzyszy mi w najpiękniejszych momentach mojego życia.

Poryczałem się jak dziecko. Ból, zmarznięcie, duma… Żaden dotychczasowy bieg nie wiązał się z takimi emocjami. Zrealizowałem cel, który założyłem na tę połowę roku: złamałem 4 godziny. Wybiegałem dokładnie 3:46:46. Poprawiłem życiówkę o prawie 20 minut.

Już kilka razy przekonałem się, że człowiek może osiągnąć wszystko, czego tylko zapragnie. Upór w dążeniu do celu, praca włożona w jego realizację i wiara, że może się udać, że możesz pokonać siebie, być najlepszą wersją swojego ja. I ta pokora. Każdy taki sukces daje mi ogromną lekcję. Lekcja, którą wyniosę z 13 Cracovia Maraton będzie nosiła nazwę: pokora.

Najpiękniejsze jest to, że swój sukces miałem z kim świętować i ciężko byłoby go osiągnąć, gdybym nie miał wsparcia innych osób. Bo inaczej biegnie się samemu, a inaczej, gdy dookoła Ciebie są ludzie, którzy dzielą Twoje ideały.

Dziękuję ekipie 42 do szczęścia za fantastyczny bieg. Tak, jak rok temu, maraton ukończyli wszyscy. Jestem cholernie dumny, że mogę być częścią tej drużyny: że mogę biegać, a przy okazji komuś pomóc. Wy też możecie. Adres znacie: www.42doszczescia.pl.

Dziękuję Zbyszkowi Słowińskiemu, który był naszym trenerem i przygotował nas na Cracovię Maraton. Lekcje, które dostałem w okresie przygotowawczym były niezmiernie ważne. Dziękuję naszym cudownym kibicom, którzy nas wspierali krzycząc i wymachując transparentami – na 20 kilometrze dodaliście skrzydeł. Wielkie dzięki wszystkim, którzy zbili ze mną piąteczkę podczas biegu. Oraz wszystkim znajomym buźkom, które zobaczyłem na trasie. A na końcu dziękuję Kawiorowi: za prorocze słowa i za to, że ciągnęliśmy się nawzajem do samej mety. To była kolejna, wspaniała przygoda, która zostanie w mojej pamięci.

Po biegu siedzieliśmy w pubie sącząc piwko w gronie fantastycznych ludzi. Rozmawiałem z Agnieszką, gdy usłyszałem, jak ktoś obcy, kto był w tym samym miejscu, ale z zupełnie innej okazji, powiedział do swojego kompana: Wiesz co? Dzisiaj jest taki fajny dzień. Oj, tak. Nawet nie wiesz jak bardzo fajny.

Maratońska piąteczka dla wszystkich!

Podziel się wpisem:

Tags:

16 comments

  1. Super relacja! Gratuluję życiówki!

  2. Gratulacje Andrzeju i pełen podziw za ten czas. W tym roku zawaliłem kompletnie, ale obiecałem już sobie, że w następnym pobiegnę razem z Wami :)

  3. Gratulacje! Ja również dobiegłam do mety. To był mój pierwszy maraton i chyba nigdy go nie zapomnę. Świetna atmosfera, doping i wspaniali ludzie na trasie. A na mecie wielka radość.

    1. Również gratuluję! Szczególnie, że to był pierwszy!

  4. Gratuluję! Też chcę spełniać marzenia w ten sposób!

  5. Mam nadzieję kiedyś przeżywać podobne emocje :)

  6. Gratuluję, świetny czas! Szukałem Cię na trasie żeby powiedzieć, że biegnę przez Ciebie :D Przez Ciebie opłaciłem start jeszcze w październiku żeby nie mieć wymówki. Dzięki, zajebiste przeżycie :D

    1. :) Gratuluję maratonu!

  7. Operacja Cedar Falls dała mi poważną lekcję: miej szacunek i podchodź do wyzwań, które sobie stawiasz z nadzieją, ale i pokorą.

    Jeszcze nigdy reguła bez oczekiwań nie była mi tak bliska, jak przed 
    tegoroczną kampanią w Południowym Wietnamie. Wiedziałem, że nie jestem źle
    przygotowany. Ale wiedziałem też, że moje przygotowanie dalekie jest od 
    optymalnego. Chciałem pokazać na co mnie stać i chciałem odczarować
    Wietnam. O Medal Of Honor otarłem się już w Binh Gia. Po cichu liczyłem
    więc, że się uda, ale liczyłem się też z porażką. Na pokład śmigłowca wkroczyłem
    pełen nadziei i pokory. To drugie czułem po raz pierwszy czekając na odprawę 42.
    kompanii.

    Równo o 9.00 usłyszałem wystrzał z pistoletu maszynowego i zobaczyłem przed sobą oddział
    żółtków, które poderwały się do ataku. Ciekawe, kto dostanie kulkę, oby
    nie ja ? pomyślałem. Kilka godzin później, po przybiegnięciu na punkt
    zbiórki, gdy razem z kompanią 42 świętowaliśmy nasze
    zwycięstwo, rozmawiałem z Irkiem: żółtek wystrzelił, serie z karabinu
    pofrunęły i dostałem idealnie w prawe płuco. Cóż, pewnie nie był jedyny.

    Fix’d.

  8. Jeszcze raz gratulacje! Może następnym razem też zastosuję muzyczny doping. Wygląda na to, że działa. Koszulka jest już wyprana ;D

  9. Gratulacje Andrzej! Rozwaliliśmy ten maraton, i słowa okazały się prorocze, to był dobry bieg! Maraton to gra psychologiczna bo w nogach siły jest sporo, wygrałeś i cel pokonany i to jak! Jeszcze raz gratulacje, świetnie się biegło!

  10. Bardzo fajny czas, a medal jeden z ładniejszych maratońskich (warszawskie to niestety brzydale). Greetz!

    1. Dzięki!
      Medal faktycznie – najładniejszy :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *